SKĄD JA SIĘ TU WZIĘŁAM…część I PRELUDIUM
To naprawdę bardzo dobre pytanie, ale raczej do Kosmosu, Przewodnika, Boga… Możemy nazwać to różnie, każdy ma swoją filozofię, ale z pewnością nie trafiłam tu, gdzie żyję od 3,5 lat, przypadkiem, pomimo że cały ten zadziwiający zbieg wydarzeń wygląda jak zwykły przypadek.
PRELUDIUM
Czas gonił, lata działań w obszarze publicznym, walki o lepsze jutro, zdrowszą żywność, bez GMO, o czystą wodę, samowystarczalność żywieniową Ojczyzny i Rodaków, szczepionki bez śmiercionośnych dodatków, naturalną medycynę, jej integrację z medycyną akademicką, dbałość o Polskę i polskie sprawy, o polską gospodarkę. Grupa wspaniałych ludzi, którzy poświęcali swój czas, lata życia dla kraju. Bez pieniędzy, bo czas nie jest z gumy, więc życie zawodowe wielu z nas padło. I tak 10 lat, w moim przypadku. Ale ok, ważne informacje wyszły na ulice: protesty, pikiety, marsze, konferencje i festiwale dały efekty. Dziś już każdy wie, że GMO nie jest fajne, szczepionki nastręczają wątpliwości; niemal każdy patrzy dziś na skład produktów na półkach sklepowych. I to są bardzo istotne zmiany. Do tego doszły liczne komisje sejmowe, wyjaśnienia, a nawet pyskówki w sejmie, edukacja posłów, senatorów, prezydenta przez w nieskończoność płynące godziny, dni, miesiące i lata. W puste. Bo w tym miejscu brak dobrej woli, sprawczości i mocy. To tylko pionki w światowej rozgrywce banksterów i korpokratów. Niestety. Takie są moje wnioski.
I wreszcie nagle alarm w środku nocy, koszmarny ból, ściany jakby coraz bliżej i to wrażenie, że zaraz zacznę po nich chodzić. 6 rano, torba do szpitala spakowana. Autobus, bo przecież jestem twarda, jak na działaczkę przystało. Trzęsie, a wszystko we mnie wyje przy każdym podskoku. Potem SOR w MSWiA w Warszawie i niekończące się godziny oczekiwania. Około 16ej wreszcie moja kolej. Już ledwo siedzę, ledwo dycham. Krew, usg… i kolejna godzina oczekiwania. Przybiega pielęgniarka. Zeszły wyniki. „Proszę nie wstawać”, słyszę, „niech pani siedzi”. „Zator w przewodach żółciowych. Galopująca kamica pęcherzyka. Ciężkie zapalenie trzustki. Pani jest cała żółta.” Wózek inwalidzki wiezie mnie prosto na salę operacyjną. Cisza.
„Zator usunięty. Gdy minie stan zapalny, za 2-3 miesiące, proszę się zgłosić na operację. Na razie kroplówki.” Kiwam głową, ale wiem, że nie będzie na to czasu. Poza tym nie chcę tej operacji. Może da się jednak inaczej… Nie boli, jest dobrze, więc… protest, pikieta, komisja, konferencja. Mija rok i sytuacja się powtarza. Ból jest nie do zniesienia, oślepia, odbiera oddech. Już wiem, zator. Muszę wytrzymać jeszcze dwa dni, bo prowadzę konferencję, nomen omen, o konopiach leczniczych. Wieczorem pomagają, dzięki Bogu, po 20 minutach znika ból jak ręką odjął i zasypiam kamieniem. Nic nie jem, bo nie mogę. Tylko woda. Wracam do Warszawy i znowu atak, w środku nocy. 5 rano. Torba, autobus, wstrząsy, które wyrywają mi trzewia. SOR w MSWiA. Mijają godziny. Wreszcie moja kolej. Badania i alarm. Zator, ropień, ściany pęcherzyka na granicy pęknięcia i… pogarda w oczach ordynatora. „Miała pani stawić się na operację.” Nic nie tłumaczę, nie mam siły. Wiozą mnie prosto na blok operacyjny. Tym razem nie można już czekać.
PRZEBUDZENIE
Otwieram oczy, ale nie te fizyczne, lecz te wewnętrzne. Tak, nadszedł czas na nowy etap, nową erę. Pora rozpocząć inne życie, to, o którym tyle się nagadałam do innych. Pora stworzyć swój świat, swoją nową rzeczywistość, w której las, łąka, ptaki, błękit nieba, samowystarczalność nie są pustymi słowami.
Zapada decyzja: kupię dom na wsi, może gospodarstwo. Ja, magister ogrodnictwa z Marszałkowskiej, ha, ha, więc o uprawie pojęcia nie mam. Dobrze chociaż, że jeździłam na wolontariat do zaprzyjaźnionych rolników ekologicznych. Przynajmniej trochę się napatrzyłam, coś tam porobiłam, choć pojęcia nadal raczej brak. Nic to, myślę sobie, Kosmos pomoże. Skoro mnie wzywa do takiej zmiany, pomoże.
Odzywa się brat: „Nie kupiłabyś gdzieś koło mnie w okolicy Jędrzejowa domu?” (Wie, że sprzedałam chatkę w chaszczach na wsi pod Warszawą.) Ma tam działkę, chce wrócić z wygnania do Polski na emeryturę, ale nie ma dokąd. Za dużo pieniędzy nie mam. Po wpisaniu w wyszukiwarkę moich możliwości, wyskakuje mi jedno jedyne ogłoszenie. Wszystko inne jest za drogie. Stuletni dom z opoki, na wpół zawalona stodoła, zawalona suszarnia do ziół, trochę lasu, trochę pola. W sumie 2,2 hektara. Wąska działka, 25 m, za to ciągnie się i ciągnie aż do Nidy. Piaski. Kosmos rządzi, myślę sobie. Bóg dał, więc poprowadzi. Amen. Kupuję. I tak to się zaczęło.
Lena Huppert
