SKĄD JA SIĘ TU WZIĘŁAM…część II AKCJA. KOSMOS POMAGA

Miał zarządzać brat. Umowa była jasna: ja za wszystko płacę, bo on nie śmierdzi groszem. Zawsze tak było. Pojawiam się z doskoku, kiedy mogę. Emerytura bardzo niska, więc dorabiam w szkołach językowych. On dogląda spraw na miejscu, a potem mieszka w domu i gospodarzy. Ja tylko okresowo. Taki był plan, ale się nie sprawdził. Brat też. Kasa się kończy. Zapada więc decyzja z tych ostatecznych: sprzedaję mieszkanie w Warszawie i wykonuję skok na głęboką wodę w świętokrzyskie.

Dziś minęły już ponad 3 lata. Dokończyłam remont, na ile pozwoliły finanse. Większą część pieniędzy ze sprzedaży wydałam na zakup małego lokalu w Warszawie na wynajem. Taka druga noga, na wszelki wypadek. Ale jest piękny domek jak milion dolarów, mój kawałek podłogi. Całe 50 m2. I strych. Projekt w stu procentach własny. „Moje dziecko”. Wylewki, ścianki działowe, płytki, deski, panele… stare belki zachowane. Łazienka. Piękna. Taras pod zadaszeniem. Też piękny. We wszystkim tu jestem zakochana. W międzyczasie kupa wpadek. Ja kontra majstrzy. Dogadujemy się. Dobrze, że są, bo o ludzi do remontu wcale nie jest łatwo. Drzwi wstawione odwrotnie? Trudno, trzeba wyciąć i wstawić jeszcze raz. „Nie, sorry, to nie moja wina, nie mogłam tego chcieć.” Majster przyznaje mi w końcu niechętnie rację. Pojedyncze okna z potłuczonymi szybami zimą? Trudno, trzeba połatać, pokleić i będzie ok. Piecokuchnia mojego pomysłu dymi? Świeżo malowane ściany okopcone? Trudno. Węgiel to nie był dobry pomysł. Sąsiedzi doradzali z serca, że bez węgla ani rusz, że trzeba mieć, inaczej uświerknę. Chcieli dobrze, bo są dobrzy, dbają o mnie. Dziwią się, ale dbają. Piecokuchnia jest na drewno, ma certyfikat. Jest naprawdę genialna. Ściany może i okopcone, ale grzeje jak trzeba, choć od węgla przepalił się ruszt. Rano jest 16 stopni zimą. Sukces przy tych oknach, bo w nocy za często nie podkładam. Ma dwa płaszcze wodne: jeden idzie na kaloryfery, drugi na boiler. Boiler ma też grzałkę. Ten system się mega sprawdza. Na posesji jest studnia, taka na korbę, ale chciałam głębinową. Mam. Chciałam oczyszczalnię przydomową. Mam. Chciałam fotowoltaikę. Mam. Do tego kupę nerwów, bo majstrzy od głębinówki i oczyszczalni, których skądeś ściągnął mój brat, to jakiś gang. Wielki szef z jednym okiem na Maroko, a z drugim na Kaukaz, więc nie dyskutuję, płacę, ile mówią. Wyszło tyle, ile by wzięła zarejestrowana firma. Szukam studzienki i nigdzie nie widzę. W końcu, jest, mam… ścięta 5 litrowa plastikowa butelka po wodzie postawiona dnem do góry. Trudno, myślę, i zabezpieczam to coś kilkoma warstwami folii i taśmy. Może lepiej, tłumaczę sobie, jak przyszłoby co do czego, nikt mi wody nie zatruje, bo nie znajdą studzienki. Śmiech. Kosmos pomaga. Nomen omen, wkrótce szefa gangu Bóg wzywa do siebie na dywanik. I jak tu nie wierzyć, że karma wraca… Zbliża się przedwiośnie i wreszcie nadchodzi wiadomość, że wkracza do akcji ekipa od wymiany dachu. Wszyscy, jak jeden mąż, powiedzieli, że trzeba. Całą konstrukcję. Ale, matko, nie ta kolejność, bo ściany w domu już pomalowane i otynkowane. Ale co zrobić, wcześniej nie miałam ekipy. A ekipa jest super, pracuje od świtu do zmierzchu. Kilka dni i dach jest nowy. Zadaszenie nad tarasem też. Trochę tu i tam popękał tynk przy suficie, na tarasowych schodach obita płytka, ale jest dobrze. Zaraz potem wymiana okien i drzwi wejściowych. Mamy marzec.

Poszło gładko, opoka się nie pozawalała, choć trochę drżałam. Dali radę, świetni ludzie z buskiego Oknoplastu. Wszystko antywłamaniowe, kupa kasy. Ale jestem trochę oddalona od innych domów, więc tak na wszelki, przecież mieszkam sama. Wreszcie znikły drzwi wejściowe, które dobrzy ludzie połatali dechami, i popękane szyby wraz i cudownymi, niepowtarzalnymi ramami, ale nie do uratowania. Niestety. Reszta pieniędzy idzie w strych: dechy na podłogę, płyty na ściany i sufit, wydzielenie i wyposażenie łazienki. Jest na razie martwa, bo trzeba jeszcze pociągnąć na górę wodę i wszystko podłączyć jak starczy pieniędzy. Starczyło, ale nie do końca. Drzwi na górze nie ma, płytek też, ale toaleta i umywalka są czynne. Okna też już są, a nie było. Cudownie.


Lena Huppert