SKĄD JA SIĘ TU WZIĘŁAM…część III SAMOWYSTARCZALNOŚĆ NIE JEST PUSTYM SŁOWEM

Na kolanach wyrywam chwasty, gigantyczne, bo nikt tu wcześniej o nic nie dbał. Pomieszkiwali jacyś ludzie, ale tylko tyle i aż tyle, bo grzali kozą i dzięki temu nie ma grzyba. Dzięki Ci, Panie, bo przecież nie widziałam nawet tego domu od środka przed zakupem. Zaufałam bratu. On widział i twierdził, że wszystko jest w porządku. Jak zobaczyłam dziury w suficie i przegnite deski, złapałam się za głowę. Na podłodze klepisko, potłuczone szyby w oknach… Ale trudno, Kosmos pomoże. I pomógł. Trzeba było też jednak kupy determinacji. Rwę więc te chwasty i myślę, ile tu ziół, można by fabrykę otworzyć: pokrzywy, jaskółcze ziele, dziewanna, jasnota, przytulia, babka… wszystkiego od metra i po pas. Ale chciałam przecież mieć grządki, warzywa. Rwę więc i klnę, na kolanach, bo nie mam siły. Nigdy nie miałam do pracy fizycznej. Jestem wysoka, do ziemi daleko. Sąsiadka widzi moją mękę i przynosi bigosik. Inny sąsiad robi koziołka do cięcia drewna. Pewien nieznany mi rolnik zabiera mnie do centrali nasiennej, bo gryka mi się marzy, dla pszczół. Tu nie uprawiają. Na domiar złego nie mam samochodu, sprzedałam, jak się zepsuł. Uznałam, że w Warszawie nie będzie mi potrzebny. Tu jestem odcięta, zdana na łaskę sąsiadów, a do sklepów w Pińczowie 7-8 km. Pomagają. Kosmos pomaga. Kolejne dni mijają, a ja nadal na kolanach toczę walkę z naturą i ze sobą. A chcę mieć wszystko: ziemniaki, cebulę, korzeniowe, wszelkie warzywa, zioła przyprawowe, truskawki, więc walczę. Samowystarczalność, o nią mi przecież chodziło. Wpada rolnik, a ja na kolanach, jak zwykle. Pewnie doszłabym już do Częstochowy na pielgrzymkę. Śmiech. Łapie worek z nasionami. „Zostań, zostań, ja Ci zasieję”, woła i znika. A siew z ręki. Wąsko jest, po obu stronach las. Ale traktor wjedzie, więc orka, siew i potem trzeba zawłóczyć, jak tu mówią. Kłócę się z nim, żeby wziął jakieś pieniądze. No dobra, w końcu przyjmuje jakieś drobne, na paliwo.

Słońce świeci, deszcz pada, rośliny rosną. Chwasty też. Ale karawana toczy się do przodu. Boże, ależ Ty mi pomagasz, dziękuję. Czuję się tak, jakby otwierały się przede mną kolejne plamy światła, a ja po prostu na nie wchodzę i dzieją się cuda. Tak, tego właśnie się nauczyłam: zaufania. Od momentu, kiedy podjęłam decyzję o robieniu konferencji edukacyjnych, wszystko płynie, a ja tylko wsiadam do tych łodzi na kolejnych przystankach. Co się otwiera, tam wchodzę. Cudowność.

Mieszkam nieopodal Pińczowa. Trafiłam tam któregoś dnia, oczywiście przez przypadek, do pracowni ceramicznej. Tak, kocham glinę. Piękna pracownia, wspaniali ludzie, a instruktor to anioł z wielkim nochalem. Moja bratnia dusza. Któregoś dnia stawia mnie przed sztalugą, włącza muzykę i zamyka za sobą drzwi. A przed wyjściem rzuca: „Musisz malować”. Zna mnie. Wie, czego mi trzeba. Maluję. Dołączam do grupy malarskiej, cudownej. Czuję się jak w niebie. Boże, co tu są za wspaniali ludzie! Nie znam tego z Warszawy, która ‘war saw’ i teraz straszy, choć kocham to zabiegane, styrane miasto, i mam przecież trochę przyjaciół i znajomych. Wystawy, wernisaże, spotkania. Pińczów, Solec, Busko, Jędrzejów, Kielce. To są nasze zasięgi.

I tak płynę na fali od 3,5 roku, zmagam się z przyrodą, choć nie mam pary, ale chcę mieć swoje, więc jest wiatr w skrzydłach. Ile dam radę, tego nie wiem, ale w sumie nie choruję. A jak coś, włączam psychobiologię i mam już za sobą naprawdę dość spektakularne sukcesy. Dobijam powoli do siedemdziesiątki, powalczę, ale już bez przymusu. Takie podjęłam postanowienie. I dalej będę skakać po plamach światła, zgodnie z moją zasadą ‘otwierających się pól’. To jedyne, co ma w tym życiu sens. Zaufajcie, mówię wam.


Lena Huppert